29.03.200803:49

Licence to kill - czyli co kryje EULA

Licencja Safari (TheRegister.co.uk)

To ciekawe zjawisko - przybywa producentów, którzy zdają się nie wiedzieć, jakie kwiatki wsadzają w licencje na własne oprogramowanie

Tomasz Grynkiewicz

Użytkownicy, którzy czytają, na co zgadzają się przy instalacji programów, to pomijalny margines. Wygląda jednak na to, że i firmy zbytnio nie grzeszą, jeśli chodzi o studiowanie zapisów licencyjnych.

Ostatnio na tapetę trafiło Adobe - ledwo okrojona wersja Photoshopa trafiła do sieci, już Adobe zebrało cięgi. I nie za to, jak aplikacja działa. Ale za zapisy w EULA.

Konkretnie za ten fragment:

Use of Your Content. Adobe does not claim ownership of Your Content. However, with respect to Your Content that you submit or make available for inclusion on publicly accessible areas of the Services, you grant Adobe a worldwide, royalty-free, nonexclusive, perpetual, irrevocable, and fully sublicensable license to use, distribute, derive revenue or other remuneration from, reproduce, modify, adapt, publish, translate, publicly perform and publicly display such Content (in whole or in part) and to incorporate such Content into other Materials or works in any format or medium now known or later developed.

Skrót po naszemu: Adobe zastrzega sobie prawo do dowolnego rozporządzania zdjęciami, które opublikujesz w serwisie. Może stworzyć z nich album, folder reklamowy, może użyć w offline'owych wersjach Photoshopa i co tam komu przyjdzie do głowy. A autor zdjęcia nie dostanie za to złamanego grosza.

Adobe już się oficjalnie pokajało i zapowiedziało, że prawnicy zostali zaprzęgnięci do zmiany treści EULA.

Medialnie jest tym ciekawiej, że "afera" z Photoshopem zbiegła się z błędem Apple - z licencji Safari wynikało, że z przeglądarki można korzystać tylko ma Makach. Zapis tkwił sobie spokojnie kilka miesięcy w EULA Safari, aż do zeszłego tygodnia.

Przypadek Apple to bardziej ciekawostka (błąd już usunięto, choć w taki sposób, że The Register nadal się natrząsa), Adobe to pewnie przeoczenie (aż nie chce mi się wierzyć, by taki zapis miał być umieszczony z wyrachowaniem). Zaskakujące to jednak o tyle, że są to firmy z pierwszej ligi informatycznej, zaprawione w bojach prawniczych. I takie przeoczenia? Strach pomyśleć, co człek znajdzie jak zacznie grzebać w tych z drugiej ligi, które budżet na prawników mają ograniczony (no chyba, że wyjdzie to akurat na zdrowie, bo EULA będą krótsze i mniej zawiłe ;-)

Abstrahując jednak od tych rozważań: nawet jeśli producenci nie pilnują własnych EULA, warto wyrobić sobie nawyk czytania tego, co się podpisuje. Tak dla zdrowia.

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz:

Najczęściej komentowane