Sztuka nosi nazwę "Ja, pracownik" (jap. "Hataraku Watashi"), a jej akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Młode japońskie małżeństwo posiada dwa roboty, z których jeden traci motywację do pracy. Zaczyna pytać o sens nudnych, powtarzalnych obowiązków i o swoje miejsce w życiu właścicieli.
Tę rolę gra właśnie
Wakamaru, wielozadaniowy robot domowy stworzony w laboratoriach firmy Mitsubishi. Jego projektantem jest utytułowany japoński projektant
Toshiyuki Kita. Sympatyczny żółty android jest projektem komercyjnym, dostępnym na rynku od 2005 roku. Na co dzień służy jako domowy sekretarz, przypominający o niezrealizowanych zadaniach (np. o braniu leków), przyjmujący wiadomości i informujący o najnowszych wydarzeniach dzięki bezprzewodowemu połączeniu z internetem.
Teatralne występy i swoisty awans społeczny Wakamaru stał się możliwy dzięki dedykowanemu oprogramowaniu, napisanemu przez inżynierów z uniwersytetu w Osace. To właśnie dlatego robot "wie" kiedy wypowiedzieć swoją kwestię, a także kiedy przenieść się z miejsca na miejsce, zgodnie z zamierzeniem reżysera.
Sztuka teatralna Orizy Hiraty jest jedną z pierwszych, które pytają o charakter relacji między ludźmi i robotami. Te same pytania zadano już wielokrotnie w filmie, jednak role robotów grali w nich zazwyczaj ludzie (względnie androidy tworzono komputerowo).
Czy to oznacza, że Wakamaru będzie pierwszym robo-aktorem (aktorobotem?), który stanie się sławny? Kto wie. Na razie trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo sztuka z żółtym humanoidem w roli głównej trwa pół godziny. Póki co. Naukowcy z Osaki pracują nad rozbudowaniem zdolności aktorskich Wakamaru w taki sposób, aby w 2010 roku umożliwić Hiracie wystawienie pełnowymiarowej produkcji.
Jeżeli Wakamaru miałby sięgnąć po sławę przez duże S, będzie potrzebować większego wsparcia medialnego. Jego głównym rywalem do miana pierwszego robota-celebryty jest ASIMO, o którym
pisałem w czerwcu - rzecz w tym, że ten ostatni nie występuje w teatrze, a jego większa wszechstronność może być zarówno zaletą, jak i wadą.
Nie da się jednak ukryć, że czas pierwszego robota-idola popkultury nadchodzi szybkimi krokami. Szybszymi niż zapewne myślimy. Dzieje się tak z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, popkultura polubiła i wypromowała już kilka fikcyjnych (tj. nie istniejących naprawdę) robotów. O kultowym charakterze R2D2 można byłoby zrobić osobny wpis, a Wall-E to główny bohater pełnometrażowej kreskówki, która ma w kieszeni przyszłorocznego Oskara i którą część osób - w tym niżej podpisany - uważa za najlepszą w historii animacji. Mówiąc krótko, Wall-E, R2D2 i kilka innych blaszaków przygotowało grunt pod celebrycki sukces realnego robota.
A powód drugi? Powtórzę poniekąd to, co pisałem przy okazji ASIMO. W pogoni za celebrytami telewizja zdaje się sięgać coraz dalej (i, hmm, niżej?). Prędzej czy później w poszukiwaniu "tego, czego jeszcze nie było" ożywczą odmianą okaże się robot. Dość naturalnym kandydatem do roli gwiazdy byłby wówczas android-aktor.