W Qwaku nie chodzi o prowadzenie drugiego życia ani o odgrywanie fikcyjnych postaci, którymi chcielibyśmy być, gdybyśmy nie byli sobą. Qwaq nie oferuje wysp i wysepek, wirtualnych wersji znanych muzeów, nie pozwala też na nabywanie awatarom szałowych cyberstrojów.
Na dobrą sprawę do Qwaka nie pasuje nawet określenie... "świat wirtualny". Lepsze określenie to wirtualna, trójwymiarowa platforma dla biznesu. Nowe miejsce spotkań zespołów pracowniczych dużych korporacji.
Zdalne zebrania pracowników nie są oczywiście nowością. To oszczędność czasu, a przede wszystkim pieniędzy (duża korporacja, zebranie pracowników z kilku krajów, krocie na bilety lotnicze, hotele itd. - wiemy o co chodzi). Tyle, że spotkania na lepszym lub gorszym erzacu czata nie są specjalnie komfortowe. Zdaniem Grega Nuyensa, prezesa Qwaq, ludziom brakuje w tym umownym czacie poczucia familiarności, przywiązania. Brakuje swojskości miejsca, w którym by się raz po raz spotykali.
I to właśnie oferuje Qwaq - wirtualne miejsce dostępne dla członków zespołu. Po zalogowaniu jesteśmy u siebie, w znanym miejscu i pośród znanych dokumentów. Wiemy, czego się spodziewać. Pamiętamy, kto jak wygląda - awatary są przewidywalne. Pamiętamy także, gdzie co położyliśmy - graficzna reprezentacja pliku widnieje tam, gdzie pozostawiliśmy ją podczas poprzedniego zebrania (chyba, że ktoś intencjonalnie ów plik przemieścił).
Nuyens jest przekonany, że w tak zaprojektowanym wirtualnym środowisku pracownicy będą bardziej wydajni - oczywiście w porównaniu do innych metod zdalnej pracy nad projektami. W wizualizowanym, przewidywalnym środowisku wirtualnym mają też sobie bardziej ufać.
Qwaq to świeżutki startup, który zbiera liczne pochwały w środowisku IT. Nie wiemy, czy odniesie sukces, jednak wiemy niemal na pewno, iż platformy sekondlajfopodobne nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa.