Temat związany z kompetencjami gubernator Palin w zakresie korzystania z komputerów jest ze wszech miar atrakcyjny. Największe media zachowały się przewidywalnie, skupiając uwagę na tym, co w całej sprawie najmniej istotne - czyli na aspekcie naruszenia prywatności. Z gorliwością godną lepszej sprawy wspominano rzecz jasna o hakerach jako groźnych włamywaczach. Utrwalając potoczne, negatywne rozumienie tego terminu, które zresztą same stworzyły.
"Wired" i konkurencja poszły innym tropem. Zadano pytanie: jak do tego doszło? I to właśnie ta część historii jest najciekawsza. Przypomnijmy: włamanie na konto gubernator Palin nie wymagało specjalnych umiejętności informatycznych. Włamywacz zwyczajnie zresetował hasło do konta, posługując się powszechnie dostępnymi informacjami, takimi jak data urodzin, kod pocztowy oraz miejsce, w którym pani Palin spotkała po raz pierwszy pana Palina. Wystarczył minimalny spryt i umiejętność korzystania z Google'a (pół żartem: może warto oskarżyć Brina i Page'a o współudział?).
Co prawda nie zmienia to faktu, iż do włamania doszło - powinno jednak rodzić pytania zupełnie innego typu. Przypomina mi się "Rejs" i donos Poety, iż w damskiej ubikacji napisane jest "głupi kaowiec". Kaowiec-Tym odpowiada oczywiście pytaniem, co informator robił w tym miejscu.
Media, te bezrefleksyjne, zachowały się jak Poeta. My bądźmy Kaowcem. Media informują o włamaniu na konto republikańskiego VIP-a? Spytajmy o kompetencje człowieka, który pretenduje do zajęcia kluczowej roli w gabinecie władzy najważniejszego - jeszcze - mocarstwa światowego. Skoro średnio rozgarnięty internauta dziś może uzyskać dostęp do konta Palin, to czy jutro specjaliści nie skorzystają z podobnego braku świadomości i wiedzy w bardziej niebezpieczny sposób?
Media mówią o złych hakerach i cytują zbulwersowaną Palin, my pytamy o upublicznioną zawartość konta pocztowego na Yahoo. Jak wiadomo, gubernator korzystała z darmowego, słabo zabezpieczonego i nadzorowanego komercyjnie konta nie tylko w celach prywatnych. A załatwianie spraw służbowych z pominięciem drogi służbowej to ciągle przejaw niekompetencji.
(I nie ma już nawet sensu wyzłośliwiać się, że konto hostuje Yahoo!, czyli firma, która bez wahania, w try miga, namierzyła dla chińskiego rządu niewygodnego blogera... Dostęp do wiceprezydenckiej poczty elektronicznej? Gdybym był korporacją a nie marną i słabą istotą ludzką, zapewne bym się skusił...)
Internetowa część kampanii prezydenckiej Baracka Obamy jest prowadzona w sposób modelowy; niektórzy mówią o wyznaczaniu nowych, fenomenalnych standardów. Mamy tu wręcz dwie skrajności - "webdwazerowy" Obama kontra dziadek McCain i lamerka Sarah Palin. Kampanie wyborcze bardzo lubią skrajności, dlatego dziwi mnie, że Demokraci nie zgrali karty Palin do cna. Chociaż może jeszcze zgrają...?
Oczywiście można także powiedzieć, że Palin nie rozumiejąca podstaw internetowej prywatności to nie wyjątek. Nie musimy szukać daleko, aby znaleźć podobne przykłady... Może jednak abnegacja technologiczna np. Jarosława Kaczyńskiego jest w jakimś sensie uczciwsza? Może lepiej się nie znać i nie dotykać niż używać ze zjawiskową niekompetencją...?