22.08.200818:41

Płonący człowiek, samochody-mutanty i potlacz, czyli )'(

Burning Man - aut. A. Logan (CC Attribution 1.0)
Burning Man - aut. A. Logan (CC Attribution 1.0)

Pustynny happening w klimacie "Mad Maksa"? Nowy Woodstock? Mekka artystów, cyberpunków i informatyków, do której co roku na tydzień skwapliwie pielgrzymują? A może kontrolowany eksperyment socjologiczny? Burning Man wymyka się konwencjom. Po raz dwudziesty drugi.

Michał Piotr Pręgowski

W poniedziałek 25 sierpnia rusza kolejna edycja tego dość słabo znanego nad Wisłą wydarzenia kulturalnego. Słabo znanego i trudnego do opisania, bo organizatorzy od lat z lubością powtarzają na oficjalnej stronie, że próba wyjaśnienia, czym jest ten festiwal to jak rozmowa o kolorach z osobą od urodzenia niewidomą.

Wszystko zaczęło się w 1986 roku w San Francisco, kiedy Larry Harvey i Jerry James spalili na lokalnej plaży dwuipółmetrową kukłę człowieka (stąd nazwa festiwalu). Spontaniczny rytuał określany przez Harveya mianem prywatnego katharsis obejrzało kilkanaście osób. Rok później widzów cztery razy więcej, a kukła mierzyła niemal pięć metrów. W roku 1990 urosła do 12 metrów i trafiła na pustynię Black Rock w stanie Nevada. Teraz na przełomie sierpnia i września zjeżdża tam niemal 50 tysięcy osób.

Festiwal rządzi się specyficznymi prawami. Pierwsze z nich to brak tradycyjnie pojętych widzów; jeżeli bierzesz udział w Burning Man - w zapisie ikonicznym )'( - jesteś uczestnikiem, a nie widzem lub turystą. Tu nie ma swoich i obcych, artystów i gapiów. Jesteś u siebie, jesteś jednym z nas. Możesz robić fotoreportaż albo grać na grzebieniu - cokolwiek, ale bierz udział. Twórz. Obowiązuje radykalna autoekspresja, połączona z radykalnym poleganiem na sobie samym. Bo na Burning Man niemal wszystko - poza toaletami - trzeba przywieźć własnoręcznie.

Drugim prawem imprezy jest praktykowanie kultury darów i zasady wzajemności. Wartość daru nie podlega wycenie. Dajesz buziaka albo butelkę wody. Wyświadczasz przysługę, a w razie potrzeby ktoś wyświadczy ją tobie. Zdaniem niektórych rytuały praktykowane podczas imprezy przypominają potlacz. Pieniądze nie odgrywają roli całkiem intencjonalnie - festiwal chce trzymać się z dala od komercji (reguła numer trzy). W okolicy za gotówkę można nabyć jedynie bilety wstępu i niezbędne drobiazgi, takie jak bilet na powrotny autobus, napoje czy benzyna.

)'( interesuje socjologów i antropologów z wielu powodów. Ten, kto doszukiwałby się w nim siedliska anarchii, byłby w wielkim błędzie. Organizatorzy podkreślają , że cenią idee otwartego społeczeństwa obywatelskiego, nawołują do wspólnotowości, która jest sednem Burning Man. Jak sami piszą : "naszą intencją jest stworzenie społeczności, która łączy każdą jednostkę z jej siłami twórczymi, ze wspólnotą w której żyje i z życiem społecznym w szerszym wymiarze".

Jednocześnie oczekują od uczestników stosowania się do całkiem sporej liczby wymogów. Potrzeby fizjologiczne - tylko w toalecie. Żadnych ognisk. Zabroniona jest sprzedaż przywiezionych wyrobów, przybywanie z psami, bronią, a także poruszanie się po terenie imprezy (zwanym The Playa)... samochodami. Auta należy postawić w wyznaczonych miejscach, poruszając się po Black Rock City własnoręcznie przywiezionymi rowerami. Wyjątek stanowią zaaprobowane przez organizatorów samochody-mutanty, takie, jak Mondo Spider.

A tak swoją drogą... czy wspominałem, że Black Rock City nie jest autentycznym miastem?

Black Rock City to widmo, powstające na środku pustyni tylko i wyłącznie na potrzeby festiwalu. Nawet wygląda charakterystycznie. Ostatnie z kluczowych praw )'( to leave no trace - nie zostawiaj po sobie śladów. Po zakończeniu imprezy armia wolontariuszy demontuje instalacje tak, aby na pustyni nie został ślad ludzkiej obecności. Niezależnie od ich pracy uczestnicy są zobligowani do odpowiedzialności i pomocy w tym zakresie - żadnego śmiecenia, żadnych odpadków podczas Burning Man. Zakazane jest nawet wylewanie na pustynne podłoże tego, co nazywa się szarą wodą, czyli resztek po myciu naczyń, wody z szamponem, mydłem itp.

Jakkolwiek Burning Man to radykalna autoekspresja, od 1995 roku twórcy przygotowują temat przewodni każdej kolejnej edycji, do którego można, ale nie trzeba nawiązywać. W minionym roku był to Zielony Człowiek ("zielony" ekologicznie, nie ufologicznie), w bieżącym jest nim Amerykański Sen. Z pewnością zostanie przez uczestników potraktowany w sposób niestereotypowy.

Wielkim finałem imprezy pozostaje spalenie ponaddwudziestometrowego olbrzyma symbolizującego zazwyczaj istotę ludzką. Jak wcześniej, tak i w tym roku jego rozmiary i kształt są objęte tajemnicą. Stwierdzić, że będzie ciekawie, to chyba najoczywistsza oczywistość.

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz:

Najczęściej komentowane