Niekwestionowanym atutem dużego portalu jest szybkość przekazywania informacji czytelnikom. To samo mówi się czasem o blogach. Czy jednak dobry, merytoryczny blog zawsze potrzebuje wysokooktanowej jazdy i galopady za niusami?
Michał Piotr Pręgowski

Niekwestionowanym atutem dużego portalu jest szybkość przekazywania informacji czytelnikom. To samo mówi się czasem o blogach. Czy jednak dobry, merytoryczny blog zawsze potrzebuje wysokooktanowej jazdy i galopady za niusami?
Michał Piotr Pręgowski
Stara zasada dziennikarstwa informacyjnego mówi, że stary nius wcale nie jest niusem (old news is no news). Trzeba pisać szybko. Szybko i często, bo przecież w XXI wieku cierpimy raczej na nadmiar bodźców informacyjnych niż ich brak (zainteresowanie lifehackingiem i techniką GDT to tylko dwa przykłady). Im szybciej dany temat ujrzy światło dzienne, tym większa szansa, że będzie wśród zwycięzców codziennego konkursu o uwagę czytelnika. Dziennikarz musi więc pisać, pisać, pisać - albo: siać, siać, siać, jak powiedziałby pewien duchowny.
Internet bardziej niż jakiekolwiek medium pulsuje aktualnością. Świeżością i aktualizacjami. Z kolei Web 2.0. oddycha w rytmie beta, permanentnej zmiany i ulepszania. Nic dziwnego, że fetysz szybkości dość łatwo przeniknął do blogosfery. W wielu sieciowych poradnikach znajdziemy wskazówkę, aby pisać dużo i często. To znaczy tak, aby nie dać czytelnikom o sobie zapomnieć. Aktualizować ich mózgi nowymi update'ami tak często, jak tylko się da.
A może prawdziwsza jest inna rada, zawarta w angielskiej sentencji less is more?
Slow Blog Manifesto* to ciągle mało znana inicjatywa odrzucająca natychmiastowość, "afirmująca fakt, iż nie wszystkie informacje godne przekazania są formułowane szybko", uznająca, że "wiele myśli najlepiej smakuje, kiedy dojrzeją". Mówić należy nie wtedy, gdy sytuacja pozwala i gdy coś, cokolwiek się wydarzy - mówić należy wtedy, gdy to, co ma się do powiedzenia, może naprawdę coś znaczyć.
Manifest zachęca do powstrzymania się od kompulsywnego komentowania bieżących wydarzeń. Precz z produktywnością dla samej produktywności. Jeżeli komentować, to refleksyjnie - nie na gorąco. SBM to "wola pozostania w milczeniu pośród codziennego gniewu i euforii, wypełniających nic innego, jak krótkie momenty".
W istocie warto zastanowić się uczciwie: czy blog, który piszę, naprawdę coś mi daje? A może to tylko, jak mawiają medioznawcy, narkotyzująca dysfunkcja, pozór aktywności, która byłaby dla mnie naprawdę pożyteczna?
Czy blogowanie to motywator i narzędzie rozwoju osobistego (względnie rozrywki), czy tylko zastępcza infoina? Ten zgrabny termin został ukuty przez Romana Kurkiewicza, piszącego w felietonie w "Przekroju" (nr 46/2007), iż "(...) sztucznym światem jest świat pseudoniezbędnych nam informacji. Codzienna dawka medialnego narkotyku - infoiny. Zanurzamy się w otchłani wiadomości głupiego i byle jakiego, oddalamy się od drzewa dobrego i złego".
Kurkiewicz pewnie nie zna Slow Blog Manifesto, ale jakoś mam wrażenie, że byłby skłonny go podpisać. A Wy? Podpisalibyście?
* - przepraszam, ale nie przeszło mi przez palce określenie "powolne blogowanie", tak jak nie piszemy o "powolnym" albo "szybkim jedzeniu" - MPP