Sharkrunners nie jest grą skomplikowaną. Pływamy po wodach terytorialnych Australii, obserwując naturalne zachowania rekinów tygrysich (Odontaspis ferox) i żarłaczy szarych (Carcharhinus amblyrhynchos). Nasze zadanie to pozyskiwanie funduszy na dalsze badania, na zakup paliwa i coraz lepszego sprzętu, a także na zatrudnianie i szkolenie załogi łodzi. Podstawowym celem gry jest jednak jak najlepsze poznanie wszystkich dwudziestu rekinów.
Największą atrakcją jest fakt, że gra łączy świat fikcyjny z rzeczywistym. Podążamy śladem autentycznych stworzeń, którym prawdziwi badacze wszczepili nadajniki GPS. Obierając kurs naszą wirtualną łodzią, podążamy do miejsca symbolizującego to, w którym faktycznie przebywa obecnie dany rekin, namierzony dzięki nowoczesnym technologiom. Powiadomienie o bliskim spotkaniu trzeciego stopnia jest wysyłane drogą e-mailową lub esemesem, a gracz ma pięć minut na podjęcie decyzji - wysłać ludzi pod wodę, czy przymierzyć się do badania innym razem.
Bywa i tak, że płyniemy do miejsca, w którym jeszcze jakiś czas temu przebywał "nasz" rekin, jednak po dotarciu okazuje się, że zdążył zawinąć ogon w zupełnie innym kierunku, względnie zejść w głębinę.
Gra Discovery Channel jest rewelacyjnym narzędziem edukacyjnym. Nie narzuca się z dydaktyką, nie jest infantylna, potrafi natomiast naturalnie wciągnąć. Pozwala też przywiązać się emocjonalnie do badanych stworzeń. Osiągając kolejne cele postawione przez twórców, mimowolnie przyswajamy coraz większą wiedzę o rekinach.
Co prawda Bałtyk nie jest morzem, w którym mielibyśmy do czynienia z tymi pięknymi zwierzętami, a Polacy nie gustują w zupie z rekinich płetw (odcinanych, jak wiadomo, żywym jeszcze rybom) jednak odrobina świadomości ekologicznej nie powinna nam zaszkodzić. Sharkrunners rządzą!
Pierwsza edycja gry została przedstawiona rok temu - wówczas internauci mieli okazję poznać kilka imponujących żarłaczy białych pływających w wodach Kalifornii. Ja zaprzyjaźniłem się wtedy z Lucy.
Inni gracze z pewnością to potwierdzą: do badanych rekinów naprawdę łatwo się przywiązać. Przede wszystkim dlatego, że istnieją w rzeczywistości - ale nie tylko. Prawdziwi badacze nadali tym rybom imiona, zupełnie jakby były to zwierzęta domowe. Można się nawet zastanowić, jakie wrażenie zrobi na nas osiedlowy dresiarz z niewyżytym pitbulem, jeżeli sami przytulimy do swego serca prawdziwego, trzymetrowego rekina.