Zacznę od oczywistości. Po pierwsze, mamy technologię, która pozwala oglądać telewizję na żywo w znośnej jakości. Po drugie, video on demand jest bardzo wygodne i przez ludzi pożądane. Po trzecie, na styku pierwszego i drugiego wykształciła się szara strefa nadawców, którzy biorą nie swoje atrakcyjne treści i wypuszczają je w świat, bo prawowici właściciele treści do tego się nie kwapią. W tych warunkach działają właśnie dziesiątki stron pozwalającymi każdemu obejrzeć telewizyjno-serialowe nowości w niskiej rozdzielczości.
Oglądam Simpsonów, Family Guya, American Dada i parę innych seriali. Na różnych stronach. Popularne seriale mają własne dedykowane serwisy, czasami nawet klonowane i funkcjonujące pod różnymi adresami (wtedy w komentarzach pojawiają się uwagi wzburzonych pokrzywdzonych z linkiem do oryginału), te mniej znane gromadzone są w wielkich linkowniach ze wszystkim (czyli tak jak na stronie-protoplaście, tv-links). Ale wszędzie jest tak samo. Wszędzie działa ten sam model biznesowy oparty na zalewaniu użytkownika reklamami, który - podejrzewam - jest dość opłacalny, biorąc pod uwagę liczniki odwiedzin przy odnośnikach do poszczególnych odcinków. Nie przeszkadza to właścicielom niektórych serwisów prowadzić kwesty na utrzymanie serwera z bezczelnymi hasłami w stylu "pomóż nam, by ten serwis pozostał wolny od reklam" zaraz pod wielkim mrugającym bannerem "jesteś 10000000 gościem, gratulacje, wygrałeś".
Strony z tv-linkami są na ogół jedynie interfejsem do serwisów youtubopodobnych, szczególnie tych, których administratorzy nie są skrupulatni w wyszukiwaniu przypadków naruszania praw autorskich. Mimo to większości wylistowanych odcinków nie da się obejrzeć, bo zostały usunięte z serwera. Dlatego video on demand nie jest tak zupełnie on demand - ironia losu, bo przecież w całej zabawie chodzi o ucieczkę od jednostronnie nadającego telewizora.
Wejście do internetowej szarej strefy ma wiele wspólnego z odwiedzinami w niebezpiecznych zakątków wielkich miast, gdzie całe otoczenie nosi jednoznaczne znamiona nielegalu i niebezpieczeństwa - być może zobaczysz odcinek swojego ulubionego serialu, ale na pewno natkniesz się na bannery reklamujące szemrane interesy, magiczne i kolorowe programy do ściągnięcia, których uruchomienie jest równoznaczne z zainfekowaniem Windows wszystkimi możliwymi rodzajami evilware. Plus najróżniejsze pornografie, serwisy randkowe z generowanymi komputerowo pseudonimami nieistniejących dziewczyn i cudownie naiwnymi nazwami wsi dookoła Warszawy, z których rzekomo pochodzą. Plus sprytne pop-upy omijające zabezpieczenia przeglądarek. Cały ten folklor i syf.
Ale, przy odrobinie szczęścia, szafa zaczyna grać. Wtedy pojawia się problem z szybkością transferu z przeciążonego serwera na drugiej półkuli. Przerywany strumień danych daje dwie możliwości. Albo odczekać, aż zbuforuje się cały plik, albo oglądać z przerwami. To zaskakujące, ale nawet tak zdegradowaną jakość przekazu (nie dość, że rozdzielczość marna, framerate niski, dźwięk zaszumiony, to jeszcze przerywa) można zaakceptować. Już się do tego niemal przyzwyczaiłem, że bezmyślna gęba Homera Simpsona zastyga czasami w bezruchu, a na jej nosie pojawia się animowana ikonka, która zrobiła ostatnimi laty w sieci niesamowitą karierę - to kółeczko-słoneczko o obracających się naokoło promieniach. W sumie - jeżeli amerykanie wytrzymują dziesięć minut reklam w dwudziestominutowej audycji, przeczekanie pięciu minut losowo występującej stopklatki można potraktować jako medytacyjną praktykę.
Czyli - nie ma lekko, ale nie ma też realnej alternatywy. Legalne serwisy oparte o zasadę streamingu wideo przez flasha to zupełnie inna historia. Po pierwsze, nie da się do nich dostać z polskiego adresu IP, więc konieczna jest męcząca zabawa z serwerami proxy; po drugie prezentują one reklamy w nieznośnej tradycyjnej telewizyjnej formie. Nic dziwnego, że ludzie wybierają tv-linki.