Na początku tego tygodnia okazało się, że sześciu największych brytyjskich dostawców usług internetowych zablokowało dostęp do niektórych zasobów Wikipedii. W serwisie rzekomo znaleziono dziecięcą pornografię.
Wojtek Wowra

Na początku tego tygodnia okazało się, że sześciu największych brytyjskich dostawców usług internetowych zablokowało dostęp do niektórych zasobów Wikipedii. W serwisie rzekomo znaleziono dziecięcą pornografię.
Wojtek Wowra
Chodziło w tym przypadku o album "Virgin Killer" wydany w połowie lat siedemdziesiątych przez grupę The Scorpions. Na okładce znalazło się zdjęcie 12-letniej, rozebranej dziewczynki. Grafika została zakazana w wielu krajach i dlatego zespół musiał przygotować inną wersję opakowania.
Akcja sześciu providerów wyrządziła sporo szkód. Dostawcy zaczęli przekierowywać cały ruch do i z Wikipedii przez kilka serwerów proxy. Doprowadziło to do zablokowania nie tylko obrazka, ale - w wielu przypadkach - całego artykułu. Dodatkowo pojawiły się problemy z edycją innych zasobów Wikipedii.
Przedstawiciele Fundacji Wikimedia, zarządzającej darmową encyklopedią, zareagowali błyskawicznie. Skrytykowali blokadę i zażądali jej zniesienia. Ku zdziwieniu wszystkich już w środę angielska Wikipedia została zdjęta z "czarnej listy".
Za całym zamieszaniem stała organizacja o nazwie Internet Watch Foundation. Jest to stowarzyszenie typu non-profit, które koncentruje się na zwalczaniu nielegalnych treści w internecie. W szczególności na celowniku IWF znajdują się materiały pornograficzne czy rasistowskie.
Fundacja otrzymała na początku grudnia informację, że w Wikipedii znajdują się nielegalne materiały. Dlatego podjęła decyzję o wciągnięciu strony na "czarną listę". Większość dostawców usług internetowych na Wyspach Brytyjskich korzysta z niej w celu blokowania niebezpiecznych witryn. Dlatego zasięg akcji był ogromny.
W sieci pojawiły się opinie, że Brytyjczycy idą w ślady Australijczyków. Rząd w Canberze planuje wprowadzić obowiązkowy filtr sieciowy, który będzie blokował witryny uznane przez władze za nielegalne. Problem polega na tym, że sytuacja w Europie jest dużo gorsza.
Na antypodach cenzurę wprowadza demokratycznie wybrany rząd. Jeśli pomysł nie spodoba się obywatelom zawsze mogą wyrazić to podczas kolejnych wyborów. W Wielkiej Brytanii kontrolę nad tym, co jest dopuszczalne a co nie sprawuje organizacja finansowana w dużej mierze przez korporacje - takie jak Yahoo! czy Google.
Oczywiście wszystkie wnioski zgłaszane do IWF są analizowane przez policję. Ale ostatnie słowo należy do władz stowarzyszenia. To one decydują o kształcie "czarnej listy", a ta z kolei jest bezkrytycznie akceptowana przez największych dostawców usług internetowych.
Kolejnym problemem jest fakt, że Internet Watch Foundation nie traktuje wszystkich tak samo. Otrzymuje zgłoszenie dotyczące danego serwisu, sprawdza doniesienie i włącza blokadę. Zupełnie nie uwzględnia kontekstu sytuacji (encyklopedyczny charakter witryny) oraz sensu całego przedsięwzięcia (feralny obrazek jest dostępny w setkach innych serwisów).
Wikipedia to silny projekt - taka "afera" nie jest w stanie go zniszczyć. Ale mniejsze strony WWW mogą łatwo ulec presji IWF i nawet uciec się do autocenzury, aby tylko uniknąć sytuacji, w której działająca ponad prawem organizacja zwróci na nich uwagę.
Mamy też nadzieję, że za kilka lat Fundacja nie stanie się narzędziem w rękach wielkich korporacji. Zależności finansowe są silne - z czasem mogą przełożyć się na bardziej bezpośrednie wpływy.