RIAA,
niezbyt lubiana organizacja , która ściga internautów dzielących się plikami z muzyką, zaczęła wytaczać pozwy już cztery lata temu, jednak do tej pory wszystkie sprawy kończyły się ugodą. Zastraszeni wielkimi karami piraci godzili się płacić mniej, za to bez procesu. Thomas (na zdjęciu po ogłoszeniu wyroku), jako jedna z pierwszych postawiła się wydawcom w zaparte twierdząć, że organizacja nie jest w stanie udowodnić jej "winy". Utrzymywała, że piosenki zgrała do komputera z własnej płyty. Potem, gdy oddała sprzęt do naprawy, okazało się, że w serwisie wymienili jej twardy dysk, więc RIAA straciła ważny dowód.
Wydawcy twierdzą, że Thomas zgrała 1,7 tys. utworów, jednak proces dotyczył tylko 24, które technicy z RIAA namierzyli w udostępnionym katalogu na jej komputerze. Oskarżona twierdziła, że nie wie, skąd ten katalog się wziął. Zdaniem prawnika RIAA, sąd uznał, że Thomas znała się na tyle na komputerach, że powinna wiedzieć, co się dzieje.
Chociaż firmy fonograficzne się cieszą, może okazać się, że spektakularne zwycięstwo wyjdzie im bokiem. Thomas to samotna matka. Do tego jeszcze indianka, czynnie działająca społecznie na rzecz plemienia Odżibwejów... Słowem idealny kandydat na ofiarę krwiopijców z RIAA.
Jeśli sąd wyższej instancji nie odrzuci wyroku, RIAA zachęcone sukcesem, pójdzie za ciosem. Z 26 tys. pozwów wytoczonych domniemanym muzycznym piratom, 8 tys. zakończyło się ugodowo. Oskarżeni zgodzili się zapłacić średnio około 3 tys. dolarów. Niektóre zostały umożone, bo dotyczyły osób, które już nie żyją, albo dzieci, do których nie należały komputery. Zdaniem RIAA odsetek osób, które zgadzały się, że zgrywanie muzyki jest nielegalne wzrósł z 37 proc. w 2003 do 73 proc. w tym roku.
Koszmar? Jest jeszcze iskierka nadziei. Otóż w ostatnich dniach procesu zeznająca przed sądem Jennifer Pariser, która zajmuje się sprawami sądowymi w Sony BMG, jednej z największych wytwórni muzycznych na świecie, stwierdziła, że podobne procesy kosztują firmy fonograficzne "miliony". "Tracimy pieniądze na tym programie", dodała.
Z jednej strony wytwórnie mogą liczyć na przeciętne wpływy od 3 do 4 tys. dolarów od ofiary. Z drugiej strony pieniądze wydane na firmy specjalizujące się w ściganiu internautów, RIAA oraz prawników. Jej zdaniem ściganie piratów to studnia bez dna.
Internauci walczą więc o prawo do pełnego wykorzystania nowych technologii i wolny przepływ informacji. Wytwórnie walczą o przetrwanie i utrwalenie ich największego osiągnięcia, które może zapewnić im kolejne lata wielkich zysków, czyli hasła: "kopiujesz = kradniesz".
Kto pierwszy pęknie?