Wątpliwości wobec procedury dodawania sekundy co parę lat opisuje dzisiejszy numer "New Scientist". Co jest nie tak z czasem?
Tradycyjna definicja sekundy jako jednej osiemdziesiąt sześć tysięcy czterechsetnej części doby, rozumianej jako czas, w którym Ziemia wykonuje pełny obrót, została zastąpiona przez normę ISO 31-1. Wyznaczona według nowej definicji (znamy ją ze szkoły, razem z jej towarzyszkami z układu SI) długość sekundy, określona precyzyjnie na podstawie zjawisk subatomowych, byłaby tożsama ze swoją astronomiczną poprzedniczką, ale nasza stara planeta, niestety, zwalnia obroty (czyli tradycyjnie liczona sekunda jest coraz dłuższa).
I tak "krok po kroczku, krok po kroczku" zegary atomowe przestałyby zgadzać się z czcigodnymi zegarami słonecznymi, że o gnomonie nie wspomnę, no ale dodaje się co kilka Sylwestrów magiczną chwilę na wyplątanie korka w butelce z tego głupiego drutu.
Przestańmy się wygłupiać - apelują eksperci. Nasza nowa atomowa sekunda jest lepsza od tych nieprecyzyjnych obrotów ciał niebieskich, więc trybut dla przereklamowanych zjawisk astronomicznych (takich jak południe czy pełnia księżyca) jest nieracjonalny. Zapewne też umacnia w ludziach wiarę w znaki Zodiaku i romantyczne zachody słońca.
W latach siedemdziesiątych oba systemy mierzenia czasu słusznie koegzystowały, bo statki i samoloty używały tradycyjnych metod w nawigacji. Teraz jest GPS, cały świat jest oplątany pajęczyną mediów elektronicznych i ta dodatkowa sekunda nie jest nikomu potrzebna.
A kłopoty sprawia. Poprzednim razem nic ciekawego się nie stało, ale dwie dodatkowe sekundy temu, czyli w 1998 roku, z powodu kiepskiej synchronizacji padła telefonia komórkowa na południu Stanów Zjednoczonych.
Cała armia ludzi obsługujących zegary atomowe i mnóstwo opartych na nich systemów na całym świecie znowu przygotowuje się na ciężki poranek noworoczny. No i uważają, że ta operacja jest niepotrzebna - zbierają więc głosy poparcia i liczą szable.
Co dość ciekawe, nawet astronomowie nie są specjalnie przeciwni idei, żeby rygorystycznie utrzymać tempo upływu lat wbrew naszej zwalniającej planecie. Programy komputerowe obsługujące teleskopy łatwo dostosować do tych różnic.
Najsilniejszy bastion obrońców starej sekundy to Wielka Brytania. Większość państw członkowskich w Międzynarodowej Unii Telekomunikacyjnej wydaje się być natomiast skłonna do rezygnacji z dodatkowej sekundy, więc może uda się przekonać nawet Brytyjczyków. W przyszłym roku odbędzie się w tej sprawie głosowanie, a ostateczna decyzja mogłaby zapaść w 2011 roku.
Sporo dodatkowych sekund będzie można za to przeżyć na Marsie. Tam doba jest dłuższa od naszej o prawie 40 minut, więc obsługa sond marsjańskich liczy czas w marsjańskich dniach (solach) i wedle nich ustawia sobie dyżury w laboratorium NASA w Pasadenie. Jednak pierwsi ludzie na Marsie będą woleli zapewne liczyć czas po staremu i być może - jak przewiduje K. S. Robinson - codziennie o północy będą zatrzymywać zegarki na ten okres.
W pierwszym odruchu zaniepokoiłem się wizją rozstrojenia naszych zegarów w stosunku do czcigodnego zegara, jakim jest nasza planeta (z przyległościami). Ale skoro potrzebujemy precyzyjnego pomiaru czasu, a Ziemia nas w tej sprawie zawodzi, to chyba lepiej przesiąść się na jakiś solidny standard. W podziale godzin i minut na sześćdziesiąt części i tak jest spora dawka tradycji.
Raz na jakiś czas jakieś arbitralne modyfikacje zapewne ocalą ludzkość przed tym, żeby południe wypadało w środku nocy, a baleron występował wyłącznie w teatrze.