Paul Marks w najnowszym numerze "New Scientist" opisuje mikroskopijny pojazd, który można napędzać zdalnie po dnie zbiornika z wodą. Naukowcom udało się przezwyciężyć lepkość ośrodka, która przy tych rozmiarach jest dla pływaka olbrzymim wyzwaniem (mniej więcej tak, jak dla nas pływanie w miodzie). Ruch pojazdu odbywa się dzięki zmiennemu polu magnetycznemu, nie potrzeba żadnego silnika. Urządzenie pracowicie wiosłuje i osiąga wyniki porównywalne do bakterii.
- Nie spodziewałem się takiego tempa, szczerze mówiąc - wyznaje Pietro Tierno z Uniwersytetu Barcelońskiego, jeden z twórców pojazdu.
Teraz badacze zmniejszą swój wynalazek z kilku mikrometrów do nanoskali i będą mogli zastosować go jako transporter reagentów w malutkich laboratoriach zbudowanych w ramach półprzewodnikowych procesorów (tzw. lab-on-a-chip). Ale najważniejszym zastosowaniem nowej łodzi podwodnej jest medycyna.
Chodzi przede wszystkim o precyzyjnie sterowany transport leków w ciele pacjenta. Urządzenie odpowiednich rozmiarów będzie mogło przemieszczać się po ściankach naczyń krwionośnych.
Nauki medyczne starają się bowiem coraz mniej szkodzić chorym dużymi dawkami silnych leków podawanych do organizmu bez dokładnego skierowania tych substancji do guza nowotworowego albo niedomagającego narządu.
Pierwsze terapie nowotworów z użyciem nanotechnologii polegały na tym, że chorym wstrzykiwano do krwi specjalnie spreparowane nanocząsteczki metalu, które z racji swojego kształtu osadzały się tylko w zmutowanych komórkach. Następnie podgrzanie guza (i tym samym - metalowych intruzów) powodowało zniszczenie chorych tkanek.
Inżynieria molekularna pozwala budować również duże cząsteczki, które zamykają trujący lek jak w klatce i uwalniają go pod wpływem określonego sygnału.
Wynalazek opisany w "New Scientist" to kolejny krok w stronę nanomaszyn, które będą wykonywać bardziej złożone zadania - aktywnie przemieszczać się w organizmie, żeby u celu podjąć działania terapeutyczne.
Daleko im jeszcze do tych straszliwych nanorobotów, które zaczną rozmnażać się bez kontroli i jak wiadomo, pożrą w końcu całą Ziemię. Właśnie dlatego cenię badania nad nanomedycyną. Z lęku przed opinią publiczną (a raczej - z lęku przed jej lękiem), naukowcom nie opłaca się robić ryzykownych rzeczy i bardzo dokładnie sprawdzają, co tym razem udało się skonstruować.
Tym samym wszelkie zagrożenia związane z toksycznością nanocząsteczek są identyfikowane zawczasu. Obawiam się, że nie można tego samego powiedzieć o nanotechnologii w służbie innych dziedzin przemysłu.