Laura Margottini opisała niedawno na łamach "New Scientist" wydobyte z firmy Siemens specyfikacje najnowszego gadżetu dla policjanta XXI wieku. System nazywa się "Platforma Wywiadowcza" i na ekranie jednego urządzenia zbiera i analizuje działalność podejrzanych w sieci, rozmowy telefoniczne, transakcje bankowe i nawet polisy ubezpieczeniowe. Jeśli ktoś z inwigilowanych obywateli zachowuje się niestandardowo, maszyna zwróci na to uwagę funkcjonariuszy.
Dziennikarka martwi się, że niemiecki koncern sprzedał już tą technologie do 90 odbiorców na całym świecie, niewykluczone (bo rzecznik Siemensa też tego nie wykluczył, a prawo unijne tego akurat nie zabrania) że do najmniej sympatycznych reżimów również.
Kraje takie jak USA i Wielka Brytania również stopniowo ograniczają prawa obywatelskie, zezwalając rozmaitym służbom na zbieranie i analizowanie sms-ów, poczty elektronicznej i aktywności obywateli w internecie.
Nowoczesne systemy informatyczne usiłują samodzielnie tropić przestępców i terrorystów (to przede wszystkim na ich cześć demokratyczne społeczeństwa same sobie ograniczają wolność) ale wciąż eksperci nie są zachwyceni detektywistycznymi talentami maszyn. Znany specjalista od bezpieczeństwa internetowego Bruce Schneier przekonuje, że komputer analizujący zachowania ludzi będzie wyławiał nie tylko terrorystów, ale przede wszystkim - niewinnych ludzi, którzy pechowo zrobili kilka niestandardowych transakcji lub wysłali znajomemu jakąś dziwną wiadomość.
Pisałem już o "Platformie Wywiadowczej", ale teraz obszernie przypominam, żeby przejść do postulatów, o jakich niedawno przeczytałem.
Nie tylko stróże prawa...
Użytkownicy internetu i rozmaitych gadżetów sami również beztrosko rozpowszechniają rozmaite prywatne informacje na swój temat. Obecność w społecznościach internetowych i blogosferze taki ekshibicjonizm wręcz zakłada. Podobnie jest z komunikatorami. Tymczasem odbiorniki GPS, telefony komórkowe i wiele innych urządzeń wysyła w świat informacje o naszym aktualnym miejscu pobytu i - coraz częściej - o tym, co właśnie robimy.
Wkrótce system, który narodzi się z połączenia tych technologii, będzie monitorował praktycznie całe nasze życie, daleko dokładniej niż mógł sobie to wyobrazić George Orwell - zapowiadają naukowcy na łamach specjalnego jesiennego numeru "Social Science Information".
Badacze nie ustawiają się przy tym w jednym szeregu z wyznawcami teorii spiskowych. Nie precyzują, kto za tym stoi - raczej nie ma takiego podmiotu. Projekty w stylu "Platformy Wywiadowczej" to wierzchołek góry lodowej - na dłuższą metę bardziej uciążliwe od działań wszelakich służb mogą okazać się drobiazgi, których sami się dopuszczamy.
Nie musi to być krwawy reżim, wystarczy że gdzieś tam gromadzi się podejrzanie dużo danych na mój temat. I ktoś może się na nie natknąć w nieodpowiednim momencie.
Paranoja? Kto nie wyklepuje w wyszukiwarkę nazwisk swoich znajomych? Pracodawcy już rutynowo prześwietlają kandydatów w poszukiwaniu ich "cyfrowego cienia" w internecie.
Zdaniem francuskiego psychologa społecznego dra Saadi Lahlou, zbyt spokojnie podchodzimy do tego problemu. Badacz uważa, że skoro człowiek nie przejawia wystarczającej troski o swoją prywatność, również do tego trzeba zaangażować maszynę.
Żeby zachować twarz
W swojej pracy opublikowanej w "Social Science Information" Lahlou proponuje pisać o prywatności w kategoriach psychologii Dalekiego Wschodu. Na Zachodzie mówimy o zazwyczaj o naszych rolach społecznych - w pracy zachowuję się inaczej wobec mojego szefa, inaczej wobec moich współpracowników, a jeszcze inną "maskę" noszę we własnym domu. Obyczajowość Chin, Korei i Japonii pogłębia te różnice, podkreślając wagę statusu społecznego.
Internet i nowoczesne technologie telekomunikacyjne zagrażają zdaniem dra Lahlou tej misternej sieci relacji międzyludzkich, gdyż coraz łatwiej wypaść z roli i przypadkiem udostępnić intymne informacje na swój temat zupełnie niewłaściwym osobom.
Poważny biznesmen ujawniający na Naszej-klasie zdjęcia z wakacji na plaży traci twarz w bardzo drastycznym dalekowschodnim sensie. W oczach współpracowników i kontrahentów wysłanie w świat komunikatu z zupełnie innej bajki może mieć bardzo poważne konsekwencje. Nawet jeśli w Polsce nie będą one tak drastyczne jak w Japonii, i tak można sobie wyobrazić wiele drobnych a niepożądanych następstw.
Tymczasem, skoro mamy raczej tendencję do zapominania się i publikowania w sieci znacznie bardziej wstydliwych informacji, a coraz więcej danych zbiera się zupełnie bez świadomego udziału osoby zainteresowanej, pieczę nad naszą prywatnością powinny przejąć maszyny.
Lahlou postuluje, żeby nałożyć na producentów obowiązek takiego projektowania urządzeń i oprogramowania, żeby nasz wizerunek prezentowany wobec poszczególnych osób był dokładnie taki, jak sobie zażyczymy. Żeby użytkownikowi trudniej było wypaść z roli i narazić się na kompromitację.
Sprzęt, którym się obwieszamy coraz intensywniej, powinien zdradzać nasze miejsce pobytu i to, co robimy tylko wówczas, gdy mu na to pozwalamy. Obecne ograniczenia zakładają zwykle, że transmituje się co się da, o ile nie zabrania tego wyraźnie prawo lub świadomy użytkownik.
A tymczasem gadżety, przeglądarki internetowe i komunikatory zdradzają nasze sekrety hurtowo. Jakby na tym polegała ich rola.