Maszyny czytające w myślach (przydatne choćby do tego, żeby móc myślami sterować komputerem) to jedno, ale powstają też technologie, które wkrótce pozwolą na sztuczne zwiększanie możliwości naszego mózgu, albo na przykład - na manipulacje wspomnieniami.
Elektrody takie jak na powyższym zdjęciu to nie jest jedyny sposób na komunikację elektroniki z neuronami, choć rozmaite próby cyborgizacji też się przecież podejmuje (przywracając wzrok niewidomym, a w perspektywie - np. tworząc nowe rodzaje zmysłów). W grę wchodzą ultradźwięki, stymulacja magnetyczna i elektryczna. Wszystko bezinwazyjnie, jakby z myślą o łatwych do założenia gadżetach z niedalekiej przyszłości.
No i jest kolejny sposób na mańkuta.
Na łamach "BMC Neuroscience" doktorzy Gottfried Schlaug and Bradley Vines z Beth Israel Deaconess Medical Center i Harvard Medical School opisują eksperyment, który pozwolił wyraźnie zwiększyć osobom praworęcznym możliwości motoryczne lewej ręki.
Udało się to za pomocą elektrycznej stymulacji odpowiednich ośrodków kory mózgowej. Odkrywcy cieszą się, bo to postęp w szukaniu sposobów leczenia następstw udarów. Jednak badani ochotnicy byli oczywiście zdrowi. I dlatego mnie mniej interesuje zastosowanie terapeutyczne - nowa metoda pozwala na dość spektakularne poprawki w mózgu.
Jako człowiek leworęczny, którego w dodatku nie tępiono za to w szkole i nie wytresowano do pisania prawą ręką, myślę sobie, że za pomocą opisanej stymulacji mógłbym się z leworęczności wyleczyć (gdybym ją w dodatku traktował jako chorobę).
Nie palę się jednak do tego, wolę poczekać na dalsze badania. Coś mi się zdaje, że lewo- i praworęczność są jakoś powiązane z charakterem i rozmaitymi uzdolnieniami, a badacze zapewne nie sprawdzali, czy komuś przy okazji drastycznie nie zredukowano na przykład miłości do malarstwa albo - nurkowania.
W każdym razie, jestem pod wrażeniem.
Tym większym, że w podobnym doniesieniu na temat stymulacji mózgu ultradźwiękami znajduję odwołanie do "Pamięci absolutnej" Paula Verhoevena.
Wstawimy sobie fałszywe wspomnienia?

W pracy opublikowanej wczoraj w czasopiśmie "PLOS ONE" zespół naukowców z Uniwersytetu Stanu Arizona donosi o nowej metodzie stymulowania mózgu za pomocą ultradźwięków.
Chociaż badania nad ich wpływem na organizm człowieka trwają prawie od stu lat, dopiero teraz udało się eksperymentalnie potwierdzić, że słabiutkie ultradźwięki przyspieszają reakcje w synapsach i zmuszają neurony do intensywniejszej komunikacji.
Chodzi o sygnały znacznie słabsze niż ultradźwięki stosowane przez dentystów, albo w badaniach USG płodu.
- Byliśmy wręcz zaskoczeni odkryciem, że ultradźwięki o mocy niższej niż ta zazwyczaj stosowana w rutynowych procedurach diagnostycznych mogą wywoływać wzrost aktywności neuronów, gdy tymczasem wyższa moc daje znikomy efekt - podkreśla szef zespołu prof. William "Jamie" Tyler.
No i do gwałtownie rozszerzanego arsenału zdalnych metod poprawiania mózgu dołączyło nowe potężne narzędzie.
- Wiele metod stymulacji używanych przez neurologów wymaga wszczepiania elektrod, bezpośredniego kontaktu z tkanką nerwową, albo wstrzykiwania specjalnych substancji, na przykład w połączeniu z impulsami świetlnymi - wyjaśnia prof. Tyler.
Oczywiście zastosowania tych inwazyjnych i tych zdalnych sposobów na pobudzanie szarych komórek to dziś przede wszystkim leczenie całej gamy poważnych chorób - z padaczką, Alzheimerem i Parkinsonem na czele. Jednak prof. William "Jamie" Tyler musiał mieć naprawdę dobry humor (albo dał się podpuścić dziennikarce z własnej uczelni) skoro cele przed swoim zespołem stawia bardzo ambitne:
- Można sobie wyobrazić rozmaite zastosowania naszego odkrycia - od zabiegów medycznych do gier komputerowych , albo tworzenia sztucznych wspomnień - tak jak u bohatera granego przez Arnolda Schwarzeneggera w "Pamięci absolutnej". Wyobraźmy sobie wakacje bez ruszania się gdziekolwiek - rozmarzył się profesor.
Trochę się obawiam patentów przewidzianych przez Philipa K. Dicka, bo ponury kontekst gdzieś się zawsze plącze. Cóż, maszyneria do fałszywych wspomnień z fikcyjnych wakacji jest już w trakcie budowy - w Arizonie.
Na następny kryzys będzie jak znalazł.