Gdy pisałem wczorajszy tekst o nanotechnologii i marudziłem, jak mało wiemy o jej potencjalnej szkodliwości, w "New Scientist" opublikowano informację na temat dżdżownic karmionych węglowymi nanorurkami. A raczej - podtruwanych nimi.
Okazało się, że dżdżownice nie chcą się rozmnażać. Badacze się zmartwili, bo to przecież stworzenia ważne w łańcuchu pokarmowym, jak uczono nas wszystkich już w podstawówce.
Na dokładkę wykopałem jeszcze informację o reakcji mysich organizmów na nanorurki. Przykra sprawa: układ odpornościowy małych ssaków zachowywał się tak, jakby miał do czynienia z azbestem. Opisy zastrzyków i przytruwania myszek powietrzem zanieczyszczonym nanorurkami zrobiły na mnie przygnębiające wrażenie.
Podejrzenia, że nasze organizmy nie będą entuzjastycznie reagować na igiełki podobne do włókienek azbestu (i że azbest nie jest jakimś wybitnie szkodliwym wyjątkiem w swojej klasie), wydają mi się bardzo naturalne i oczywiste. Można je w dodatku ubrać w wiele fachowych słów, wliczając "nowotwory".
Cóż, bardzo dobrze, że takie badania są prowadzone. Oczywiście opisany tu wczoraj przylepiec wzorowany na stopach gekona nadal mnie cieszy i fajnie, że "New Scientist" pisze o tym w tym samym numerze. Bo ja bardzo kibicuję nanorurkom. Z nadzieją czytam komentarze ekspertów, którzy podkreślają, że od wyprodukowania materiału z nanorurek do zanieczyszczenia nimi środowiska droga jest dość daleka i niezbyt łatwa. Ale obawiam się, że w momencie wejścia kolejnych nanomateriałów na rynek, marketing nie będzie dbał o to, by plusy nie przesłoniły nam minusów
Ach te nanorurki... Szkoda, że tak trudno je policzyć i upewnić się, że żadna nie spadła pod stół.