Dwie rozmowy z ostatnich dni. Pierwsza, z wujkiem, który chciałby kupić sobie aparat cyfrowy. "No wiesz, taki na wakacje, żeby był dobry". Czyli - zwykły, kompaktowy pstrykacz. Nie musi mieć żadnych bajerów, ma po prostu robić ładne zdjęcia w trybie automatycznym. Wujek nie będzie drukował fotek w formacie A0. Nie potrzebuje też lustrzanki z wymiennymi obiektywami - więcej by z tego było kłopotu niż pożytku. Jednym słowem - ma wymagania takie, jak większość amatorów używających cyfrówek do robienia fotek u cioci na imieninach. Wydawałoby się, że znalezienie dla niego aparatu nie będzie problemem.
Zacząłem się więc rozglądać za kompaktem z niezbyt dużym zoomem, ale za to z w miarę jasnym obiektywem, którego ogniskowa zaczynałaby się w okolicach 28 - 30 mm. Długi zoom w kompaktach to tylko kłopoty - mniej światła, mniejsza trwałość, większe rozmiary, wyższa cena. A i tak jest dużo mniej przydatny niż szeroki kąt, bez którego ciężko robi się zdjęcia w pomieszczeniach (np. u wspomnianej cioci). Da się znaleźć kompakty z szerokim kątem, ale nie ma ich wiele.

Gorzej z drugim warunkiem - jak najmniej megapikseli! O ile długi zoom może jeszcze komuś się przydać, o tyle podbijanie rozdzielczości matrycy jest kompletnym absurdem. W teorii, więcej megapikseli to więcej szczegółów, a więc możliwość wydrukowania fotki w większym formacie.
Tylko że jest pewien problem. Wraz z coraz większym upakowaniem pikseli, rośnie ilość szumów. Producenci wiedząc o tym stosują algorytmy odszumiające zdjęcia. Generalnie ich działanie sprowadza się do... usuwania i rozmywania szczegółów (najłatwiej zobaczyć to przyglądając się np. fotografii czyichś włosów).

A na tym nie koniec. Wąskim gardłem pozostaje optyka aparatu, która w przypadku kompaktów rzadko kiedy nadąża za rozdzielczością matrycy. Efekt jest taki, że przekraczając 4 - 6 megapikseli "zyskujemy" tylko więcej szumów i większe rozmiary pliku. Ale co z tego, skoro nie da się dziś kupić przyzwoitego kompaktu z mniej niż 8 mpix.
No dobrze, ale co z tym wszystkim ma wspólnego marketing? Najlepiej widać to na przykładzie megapikseli. Nie ma żadnego, racjonalnego powodu, żeby pakować do małego kompaktu matrycę 12 mpix. To po prostu wykorzystywanie niewiedzy klientów, którzy mogą pomyśleć, że więcej znaczy lepiej. Podobnie, zupełnie sztucznie, pompuje się parametr czułości ISO nawet do astronomicznych wartości rzędu 6400 (co z tego, że tak naprawdę, w przypadku kompaktów, powyżej ISO 400 nie można liczyć na znośną jakość fotek). Duże cyfry sprzedają lepiej niż małe, stąd pewnie miłość producentów do długiego zoomu (i widoczna niechęć do szerokiego kąta). Producent, zamiast np. poprawiać jakość optyki, wprowadza zmiany, które nic nie wnoszą, albo wręcz są szkodliwe.

A może jest tak, że producentom nie opłaca się rozwijać dobrych kompaktów - bo kto kupowałby wtedy tanie lustrzanki? Wolą więc wykastrować najwyższe modele (patrz: Canon G6, którego następcę wyposażono m.in. w ciemniejszy obiektyw) albo w ogóle darować sobie produkowanie kompaktów, które mogłyby zaszkodzić sprzedaży luster (patrz: brak następcy Sony CyberShot DSC-R1).
Powiecie, że lustrzanki i kompakty to dwie różne bajki; aparaty przeznaczone dla różnych klientów. I będziecie mieć rację, ale tylko częściowo. Wraz ze spadkiem cen lustrzanek, stały się one dostępne dla amatorów, którzy często nie wykorzystają ich możliwości (większość pewnie nawet nie pomyśli o wymianie kitowego obiektywu na inny). Mogą jednak mieć nadzieję, że dzięki "profesjonalnemu" aparatowi będą robić lepsze zdjęcia (co zwykle nie jest prawdą, bo dobre zdjęcia robi się głową, a nie aparatem). I tą nadzieję handlują producenci. Moda na lustrzanki to tak naprawdę kolejna odsłona megapikselowego wyścigu. Tyle, że tym razem trochę bardziej sensowna, bo istnieje grupa użytkowników, którzy zyskają na wymianie kompaktu na lustro.

Tanie lustrzanki dają do ręki amatorów rozwiązania dostępne dotąd tylko dla profesjonalistów (chociażby możliwość wymiany obiektywu), jednak meandry myślenia marketingowego mogą nas zaprowadzić też w zupełnie przeciwnym kierunku.
Tutaj druga z rozmów, o których wspomniałem na początku. Tym razem ze znajomym, który używa laptopów od dawien dawna i zjadł zęby na ich testowaniu. Przy okazji oglądania kolejnego mobilnego cacka, jakie trafiło w jego ręce, ponarzekaliśmy sobie na wypieranie ekranów matowych przez
błyszczące (glossy) i
trackpointów przez
touchpady.
W obu przypadkach zadziałał dokładnie ten sam mechanizm - pierwszego wrażenia. Na pierwszy rzut oka, ekran matowy ma gorsze kolory, a trackpoint jest mniej wygodny. Klient często podejmuje decyzję o zakupie właśnie pod wpływem tego wrażenia. Widzi na półce w sklepie dwa podobne laptopy i wybiera tego, który zdaje się mieć lepszy wyświetlacz. Dopiero potem okazuje się, że na komputerze nie da się pracować, bo ekran działa jak lustro zbierając wszystkie możliwe odblaski, a tak na dłuższą metę, touchpad jest mniej precyzyjny od trackpointu. Marketing jednak wykonał swoją pracę wzorowo - klient przecież kupił laptopa.

Paradoksalnie, trackpoint i matowy ekran, które jeszcze niedawno były dostępne nawet w komputerach z najniższej półki, dzisiaj występują jedynie w drogich modelach przeznaczonych dla klientów korporacyjnych. Te "przestarzałe" rozwiązania najmocniej trzymają się tam, gdzie jest potrzebny solidny sprzęt do pracy, a koszty zakupu nie są najważniejszym kryterium wyboru. A może jakieś znaczenie ma też fakt, że pracownik IT decydujący o wyborze modelu zwykle wie więcej o komputerach, niż przeciętny Kowalski kupujący laptopa do domu...