02.01.200820:00

Spokojnie, to tylko Internet

Jedni witają nowy rok fajerwerkami, inni - strachem
Ludzie jakoś tak już mają, że lubią się bać, bez względu na to, czy chodzi o wynalezienie koła, druku, telewizji, przepowiednie rozmaitych wróżbitów, czy amerykańskie remaki japońskich filmów. Ostatnio dla pewnej grupy osób tym, czego wypada się bać, przed czym wypada ostrzegać i bić w dzwony alarmowe, stał się Internet.
Marta Klimowicz
Jak wiadomo, strach odbiera zdolność logicznego myślenia, dlatego też postanowiłam odpowiedzieć pani Marcie Strzeleckiej, która w swoich proroctwach na 2008 rok wyraźnie pokazuje, jak wielką obawą napawa ją Internet. Tymczasem, nie ma się czego bać, naprawdę.
Zacznijmy od tego, że nie wiedziałam, kim jest Marta Strzelecka - aby się dowiedzieć nie tylko podstępnie przeszukałam większe społeczności internetowe (ani śladu pani Marty, dobrze się widać ukryła), ale również wpisałam jej imię i nazwisko w okienko wyszukiwarki. Dzięki temu dowiedziałam się, że nie tylko boi się ona Internetu, ale również regularnie o nim pisze, zdawać by się więc mogło, że jej strach powinien być oparty na bardziej rzeczowych przesłankach, niż te, które przeczytać można w weekendowym wydaniu Gazety Wyborczej. Uważam, że pozostawienie tekstu Strzeleckiej nie przystoi tak Gazecie, jak i mi, jako jej wiernej czytelniczce i jednocześnie badaczce Internetu; spróbuję więc pokrótce wyprostować to, co Strzeleckiej w tak krótkim artykule udało się wykrzywić i przekonać zarówno ją, jak i innych zastraszonych tymi wizjami Internetu, że nie tylko nie jest aż tak źle, ale jeszcze więcej - jest znacznie lepiej, niż mogłoby się wydawać..

Nie wiem, dlaczego Strzelecka uważa ludzi za stworzenia raczej leniwe i złośliwe, czego dowodzą już pierwsze zdania jej tekstu, w których przedstawia ona zastraszającą doprawdy wizję, kiedy to nasz szef odszuka nas w Naszej-klasie i uzna, że powinien nas zwolnić, skoro mamy czas na takie rozrywki. Podejrzewam, że spora część użytkowników tej społeczności ma już swojego szefa w gronie znajomych i nie musi przed nim udawać, że nie ma żadnego życia prywatnego, że nie bywa na plaży w stroju bikini, że nie ma dzieci i w sumie niczym, poza pracą się nie zajmuje. Nie wiem, jak wyglądają stosunki zawodowe w Agorze, podejrzewam jednak, że nie jest aż tak źle; ba, wydawać by się mogło, że firma, chcąca uchodzić za nowoczesną, może nawet awangardową, powinna zachęcać swoich pracowników do korzystania z Internetu także w wykonywaniu zadań służbowych. To jednak nie wszystko, Strzelecka nie tylko alarmuje, że już niebawem wytropieni zostaniemy w Naszej-klasie przez swego szefa, ale również - uwaga - na tej podstawie zwierzchnik będzie mógł się dowiedzieć, jakie pytania wpisujemy do Google czy do Wikipedii. To jest coś! Może za rzadko korzystam z Internetu, może za słabo się znam, ale jeszcze nie dostrzegłam takiej opcji nie tylko w Naszej-klasie, ale również i nigdzie indziej, która umożliwiałaby przeciętnemu internaucie, takiemu jak standardowy szef, zdobyć takie informacje. Pomijając już fakt, że rzadko kiedy do Google wpisujemy pytania (choć to w sumie czasem kusząca opcja, dowiedzieć się na przykład gdzie są te faktury, które jeszcze wczoraj leżały na szafce, a dziś ani śladu po nich). Załóżmy jednak, że - jak pisze Strzelecka - będziemy sprytniejsi od swego szefa (proszę zwrócić uwagę na to podkreślanie sprzecznych interesów i stałej opozycji na linii pracodawca-pracownik, to Strzelecka, nie ja) i zdołamy go szybciej zaprosić do listy swoich znajomych. Co za podstęp, co za wybieg! Strzelecka uważa, że takie działanie da nam haka na szefa i będzie on wtedy musiał uważać. Co jednak ciekawe - nasz przełożony nie musi uważać, byśmy nie dowiedzieli się, jakie pytania wpisuje on do Google, nie, widocznie ta opcja w Naszej-klasie dostępna jest tylko szefom (to by tłumaczyło, dlaczego nic o niej nie wiedziałam); hak wynika z tego, że poznamy "znajomych, dziewczyny, kolegów i szefów" naszego szefa. Swoją drogą, to musi być jakaś dziwna firma, w której pracownik nie zna szefa swojego szefa, może w istocie jest czego się obawiać. Ciekawa jestem, jak Strzelecka poznaje w Naszej-klasie dziewczyny swoich przełożonych - o tym jednak nie dowiadujemy się ani słowa, niestety. Może to kwestia wpisania odpowiedniego pytania do Google zatem?

Ten wstęp jest jednak niestety tylko preludium do iście apokaliptycznej wizji, jaką przedstawia Strzelecka weekendowemu czytelnikowi Gazety Wyborczej. Zdradza się więc ona (Strzelecka, nie Wyborcza), że marzy o tym, iż "wirtualna rzeczywistość rozszerzy się do niewyobrażalnych rozmiarów, eksploduje i ułoży na nowo". Internet jest rzeczywisty, powiedzmy to sobie wreszcie głośno i wyraźnie. Nie jest jakąś oddzielną przestrzenią, w której - jak pisze Strzelecka - "porozumiewamy się w labiryntach", jest miejscem, w którym ludzie ciągle spotykają się po to, by wymienić się doświadczeniami, przyjrzeć życiu innych ludzi i pokazać kawałek swojego świata. Podobno neandertalczycy wyginęli właśnie dlatego, że nie byli w stanie przekazywać sobie nawzajem informacji - znany nam dobrze Homo Sapiens robi to więc stale, informuje innych o swoim humorze, o cenach w pobliskim sklepie, o sytuacji w Iraku czy z kim idzie dziś na randkę. Internet jest jeszcze jedną płaszczyzną, która kontakt ten umożliwia, o tyle niezwykłą i nieporównywalną do niczego, co było wcześniej, że stale się rozwijającą w zupełnie nieprzewidywalnym kierunku. Najprawdopodobniej nie będzie to jednak kierunek, o jakim marzy Strzelecka, jakikolwiek rozmiar Internetu nie sprawi, że pęknie on w sobie i ułoży od nowa, Internet to nie balonik, żeby się rozpękać, ale świat, który sami układamy - każdy tak, jak potrafi. Nie należy zatem czekać na chwilę, w której "wirtualna rzeczywistość zacznie przystosowywać się do natury człowieka, nie odwrotnie" - ten moment już się dzieje i od nas zależy, co z nim zrobimy. Jedni kręcą filmy o Mentosach wrzucanych do Coli, inni piszą o tym artykuły i dobrze; jednak zakładanie, że Internet to tylko Nasza-klasa, mało śmieszne filmy na YouTube i błędne hasła na Wikipedii implikuje, że telewizja to tylko Tańce z gwiazdami i kiepskie seriale, prasa to wyłącznie bulwarówka, zaś radio to tylko największe przeboje. Kto tak pisze, kto nie widzi - lub nie chce widzieć - setek doskonałych programów edukacyjnych czy publicystycznych, znakomitych felietonów w prasie czy mądrych i trudnych rozmów w stacjach radiowych, ten w istocie tworzy pewnego rodzaju wirtualną rzeczywistość i pozostaje mieć nadzieję, że ta niebawem już eksploduje.

Wreszcie, problemem Internetu nie jest prywatność czy jej brak - wszystko jest w rękach internautów i tylko od nich (od nas?) zależy, co z tym zrobią. Można żyć w domu bez zamków i firanek i nikogo nasze życie nie zainteresuje, można też budować wokół siebie mury i zawsze znajdzie się ktoś, kto podejrzy coś przez dziurkę od klucza. Sami decydujemy o tym, kiedy zaczyna się nasza prywatność: wtedy, gdy nie widzi nas szef czy rodzice, za to dziesiątki czy setki przypadkowych osób, czy może wtedy, gdy nie jesteśmy w pracy, a żyjemy tą resztą rzeczywistości, jaka składa się na nasze życie? Na takie pytania trzeba było sobie odpowiadać już na wiele lat przed powstaniem Internetu; ten - owszem - stworzył nowe możliwości związane z podglądaniem, nie uczynił jednak z ludzi bezwolnych i bezmyślnych stworzeń, bezrefleksyjnie klepiących w klawiaturę. Pora uwierzyć w ludzi, w ich inteligencję zbiorową i skupić się raczej na wyposażaniu ich w odpowiednie narzędzia i wykształcanie nowych kompetencji, zamiast epatować wizjami upadku kultury, jaką znamy.



 

 

 

 

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz:

Najczęściej komentowane