Kompulsywnie zapisuję się do kolejnych społeczności, zazwyczaj zapominając o nich już w chwili zamknięcia strony.
Marta Klimowicz

Kompulsywnie zapisuję się do kolejnych społeczności, zazwyczaj zapominając o nich już w chwili zamknięcia strony.
Marta Klimowicz
Czasem jednak zostaję na dłużej i wysyłam zaproszenia do "znajomości" czy "przyjaźni", zwykle do ludzi, którzy robią coś interesującego, za czym łatwiej nadążać mając ich w gronie znajomych.
Nie są więc nawet moimi bliskimi kolegami/koleżankami, o przyjaźni już niewspominając. To trochę tak, jak dodawanie ciekawych blogów do blogrolla czy ważnych artykułów do del.icio.us. Chcę mieć czyjś profil w zasięgu kliknięcia - wysyłam zaproszenie.
Problem leży w tym, że jesteśmy przyzwyczajeni traktować słowo "przyjaźń" jako deklarację uczuć i potwierdzenie istnienia głębokiej relacji, w sieci dodatkowo wystawionej na widok publiczny. Tymczasem, znajomi ze społeczności znacznie bardziej podobni są do tych, których przypadkowo poznajemy na imprezach, wakacjach czy w pracy. Zwykle niewiele nas łączy, ale nie wstyd przyznać się do tej znajomości, może nawet kiedyś do czegoś się przyda, może nawet rozwinie się w przyjaźń. Ale nie ma się co łudzić: liczba znajomych w społecznościach nie przekłada się na liczbę przyjaciół, teraz potwierdzają to także badania naukowców z uniwersytetu Sheffield Hallam.